Link 14.01.2012 :: 02:31 Komentuj (0)
2011/2012
Odkładam tę notkę i odkładam, ale kiedyś w końcu i tak muszę ją napisać. Wypadałoby wspomnień o zakończonym roku a ja nie bardzo mam na to ochotę. 2011 nie był dla mnie dobrym rokiem, praktycznie większość spraw, która mogła pójść źle tak właśnie się potoczyła. Owszem, były w tym roku i pozytywne chwile, jednak było ich na tyle mało i były na tyle słabe, że nie zamazały smaku goryczy, który czuję po starym roku. Jasne, że mogło być gorzej, ale ogólnie już dużo do samego dna nie brakowało. Zdecydowanie nie będę tęsknić za rokiem 2011, za dużo wylanych łez, za dużo stresów, za dużo bólu i negatywnych emocji. Nie tak miało być. Wszystko się posypało i choć tak, mogłam się tego spodziewać – i tak bolało (i dalej boli) jak cholera. W końcu się jednak pozbieram, choć nie jest to takie łatwe, gdy co chwilę mi się o tym przypomina. Czas jakoś od lutego czy marca aż do września pamiętam tak naprawdę jak przez mgłę, to jedna, wielka kłębowina niewyobrażalnego nawet bólu i zagubienia, zwyczajnie czułam jak rozpadam się w drobny mak… co ja gadam, mak to za dużo powiedziane – zamieniałam się w pył! Sama nie wiem jakim cudem do tego doszło, ale ostatnie kilka lat było dla mnie zgubnych, a jak wiadomo wszystko się w końcu kończy, mój koniec nadszedł w 2011. W końcu jednak powoli wzięłam się w garść i metodą małych kroczków idę do przodu, jeszcze bardziej nieufna i poturbowana niż kiedyś, ale nadal z podniesioną głową. Nie dam się zniszczyć, na to nie mogę pozwolić. Na szczęście koniec roku przyniósł nowe nadzieje i nowe możliwości.
Dlatego nowy rok witam z ulgą i uśmiechem na ustach. Będzie lepiej!

Dodatkowo w tym roku nie robię ŻADNYCH postanowień! Zeszłoroczne co prawda w większości udało mi się zrealizować, ale jakoś nie byłam przez to szczęśliwsza, więc w tym roku zwyczajnie odpuszczam. Wkraczam w 2012 rok bez konkretnych oczekiwań, chciałabym jedynie by był lepszy niż ostatni. Czy tak będzie? Mam jeszcze grubo ponad 11 miesięcy by to sprawdzić ;)
„Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.” Lucy Maud Montgomery
Link 16.12.2011 :: 20:13 Komentuj (0)
Niepoprawna
Obiecałam regularne posty i co? Wyjechałam w siną dal i nie bardzo mam jak pisać. Szkoda gadać jeśli chodzi o moją słowność i tyle ;) Jednak jako, że wrócę dopiero pod koniec roku postanowiłam odezwać się trochę wcześniej. We wtorek wieczorem spakowałam walizkę i wsiadłam do pociągu by spędzić w nim kolejne 13 godzin – polskie koleje mnie rozbrajają i mogłabym napisać o nich oddzielny elaborat. Wykupiłam sobie kuszetkę, gdyż tyle godzin i to w nocy, bywa zabójcze dla organizmu. W przedziale oprócz mnie było… pięciu facetów. Ja to mam ‘szczęście’ :] W tym jeden tak chrapał, że spać się nie dało i nawet rytmiczne toczenie się kół po torach nie pomagało zasnąć, na szczęście wybawieniem okazało się słuchanie audiobooka, hihi :P Tak czy inaczej w końcu dotarłam do celu! ;) Ponownie każdego dnia podziwiam góry – wystarczy wyjść z domu, uwielbiam to! :D
Mam kilka planów, które chcę tutaj zrealizować, więc muszę się spiąć i zacząć działać, bo nie lubię, jak coś nie idzie po mojej myśli. Jednak jak na razie wszystko idzie jak trzeba a nawet lepiej ;) Przypadkowe spotkanie przyniosło mi dziś dużo entuzjazmu i dodatkowo naładowałam swoje akumulatory szczęścia. Mało jest takich osób, których można nie widzieć ponad rok a potem rozmawiać przy kawie jakbyśmy rozstali się wczoraj. Wróciły wspomnienia, masa wspomnień i dużo uśmiechu, ot taka dawka radości w moim spokojnym życiu ;)
Ciekawe co jeszcze mi się tu przytrafi…

Zdjęcie jeszcze z Gdyni, ale tak mi przypasowało do dzisiejszej notki ;) Oczywiście piłam wtedy ulubioną, jeżynową kawkę w Coffee Heaven!
Buziaki!
"Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny." Ernest Hemingway
Link 09.12.2011 :: 00:27 Komentuj (3)
Powroty
Są takie dni, gdy chcemy wierzyć w bajki.
Są takie dni, gdy marzenia się spełniają.
Są takie dni, gdy po policzkach płyną łzy.
Są takie dni, gdy kończy się świat.
Stało się – wracam na blogowe łono! Długo, oj długo mnie tu nie było. To zdecydowanie najdłuższa przerwa od początku istnienia tego miejsca, a przecież zakładałam go, gdy byłam jeszcze w liceum! Nie myślałam wtedy nawet, że parę lat później, będąc już po studiach, nadal będę go prowadzić. To miał być chwilowy kaprys, a zostałam na dłużej. W sumie nie można się dziwić, w końcu jak każda kobieta i ja bywam zmienna ;) Co tam u mnie? Wszystko i nic chciałoby się powiedzieć. Kto mnie zna osobiście, ten wie co i jak jeśli chodzi o szczegóły. Natomiast w skrócie – skończyłam studia, odebrałam dyplom z UG, zostałam panią magister i … oczywiście nadal szukam pracy :] No cóż, zdarza się (jakby coś ktoś miał to pisać :P). Z rzeczy bardziej prozaicznych, to 1 czerwca tego roku pierwszy raz od ponad 6 lat znów zaczęłam chodzić bez prostej grzywki ;) a także dostałam małego fioła na punkcie makijaży i wszelkich tego typu cudów. (Z tej też racji powstał mój drugi blog o którym niżej.) W życiu uczuciowym też było sporo zawirowań, wzlotów i upadków, ja się już po prostu poddałam, przestałam walczyć, to nie miało sensu i było niczym najzwyklejsza walka z wiatrakami. Z niektórymi rzeczami trzeba się pogodzić i zacząć żyć dalej, nie jest to łatwe, bolało jak cholera, ale teraz jakoś żyję i dalej funkcjonuję. Nie zabiło mnie to, wreszcie przestałam spędzać noce na płakaniu w poduszkę a zaczęłam się uśmiechać, czyli jest dobrze. Widać tak musiało być, może to właśnie było nam zapisane już od początku? Nie wiem, teraz już nie chcę o tym myśleć i do tego wracać, poświęciłam na to i tak o kilka lat za dużo. Teraz idę dalej i jest dobrze, z każdym dniem coraz lepiej. I tego będę się trzymać! ;)
Jak już wspomniałam w tak zwanym ‘międzyczasie’ powstało moje drugie blogowe ‘dziecko’. Tam jednak staram się nie zamieszczać notek dotyczących mojego życia, przemyśleń czy relacji z podróży. Jednak jeśli kogoś interesuje świat kosmetyków, makijaży, książek i przepisów kucharskich to zapraszam na MarciaMadness - KLIK.
Powrót marnotrawnej blogowiczki nie jest łatwy, ale zrobię wszystko by i tu znów pojawiały się notki. Szkoda mi, najzwyczajniej w świecie szkoda byłoby mi porzucić to miejsce po tylu wspólnych latach, przy tylu wylanych łzach podczas pisania, czy po radości jaką miałam podczas dzielenia się z Wami tym co się u mnie działo. Dlatego wracam i już zostaję!

"Rozłąka osłabia mierne uczucie, a wzmaga wielkie, jak wiatr gasi świecę, a rozpala ogień." François de La Rochefoucauld
Link 09.04.2011 :: 00:13 Komentuj (1)
Ogień w sercu
Upalna lipcowa noc, środek lasu, lekka mżawka, ciemności… daleko od cywilizacji, w pobliżu tylko mała chatka, a w niej tłum tańczących i śmiejących się głośno ludzi… na zewnątrz ognisko, piękne, olbrzymie, palące się całą swoją mocą mimo niesprzyjającej pogody… dwoje ludzi, chłopak i dziewczyna, mimo sępiącego kapuśniaczku siedzą wpatrzeni w brykające wesoło płomienie i skwierczące drewno, bawią ich ciekawskie iskierki wystrzeliwujące w powietrze nie wiadomo kiedy i dlaczego… nieśmiałe spojrzenia, ukradkowe uśmiechy, ciche rozmowy… raz na jakiś czas słychać jedynie kolejne salwy śmiechu dochodzące z chatki i dopingujące kogoś okrzyki… Jednak przy ognisku świat jakby nie istniał, czas stanął w miejscu, istnieją tylko te dwie osoby i ich pełnia szczęścia…
Przypomniało mi się dzisiaj to zdarzenie sprzed paru lat i zaczęłam zastanawiać się co się stało z tamtą dziewczyną? Z góry mówię, że „dorosła” nie jest dla mnie wyczerpującą odpowiedzią. Co się stało z jej marzeniami, planami, oczekiwaniami? Czy wszystkie się już przewartościowały? Czy ta może i naiwna, ale szczęśliwa i pełna życia dziewczyna odeszła na zawsze? Czy jedyne co po niej zostało to tylko kilka wspomnień schowanych gdzieś głęboko w mojej głowie?
Patrząc na nią dzisiaj, widząc wyraźnie jej roziskrzone oczy tamtej nocy, słysząc jej śmiech i czując na dłoni dotyk jej towarzysza nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, choć nie ukrywam, że czuję delikatne ukłucie zazdrości. ;) Chwile takie jak tamta zapamiętuje się na całe życie, mają one wpływ na nasze późniejsze wybory i decyzje, jednak nigdy się już nie powtarzają. Mam takich chwil kilka zapisanych głęboko w głowie jak i w sercu, jednak żadna się nie powtarza, każda jest unikatowa i jedyna w swoim rodzaju…
Chciałabym móc znów poczuć się tak jak wtedy, całkowicie wolna, szczęśliwa, nieograniczona, mogąca wszystko…

Dziś jestem już inna, bardziej racjonalnie patrzę na świat, potrafię ocenić co jest dla mnie nieosiągalne i pogodzić się z porażką, biorę odpowiedzialność za swoje czyny i wiem, że siłą ani płaczem niczego nie osiągnę. Jednak nadal lubię wybiegać myślami w przyszłość, lubię wierzyć, że będzie dobrze, lubię usiąść na piasku, patrzeć w falujące delikatnie morze, zapomnieć się całkowicie i marzyć, marzyć że to co mam to nie tylko bajka, nie tylko złudzenie, że będzie dobrze…
”Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki.” Paul Zulehner
Link 19.03.2011 :: 23:43 Komentuj (0)
Dreams!
Marzenia, jakie to tajemnicze i inspirujące zjawisko… marzenia pomagają nam funkcjonować, często dodają otuchy oraz szczyptę magii do tego, do czego dążymy… marzenia potrafią także dać nam w kość, gdy widzimy, jak coś o czym tak długo śniliśmy jest na wyciągniecie ręki, a nie możemy tego dostać, tylko musimy przejść obojętnie obok i pogodzić się z tym, że już nigdy nie będziemy mieli okazji by zawrócić… Tak, są i właśnie takie marzenia, które zmieniają się z czasem w zabijające nas od środka potwory, koszmary z których nie możemy się obudzić i jedyne co czujemy to wszechobecny ból… Niespełnione marzenia, które były już ‘tuż, tuż’, a jednak je straciliśmy bolą najbardziej… Wszelako marzenia są jednak po to, by przynosić nam szczęście, gdy już się spełniają świat jakby staje w miejscu i wszystko toczy się w zwolnionym tempie, te chwile są wspaniałe, nigdy nie zapomnę jednego z wieczornych spacerów po romantycznie oświetlonej promenadzie w Pefkochori, gdy zdałam sobie sprawę, że właśnie spełnia się coś, o czym marzyłam od ponad 10 lat… to, co poczułam gdy zdałam sobie z tego sprawę było niesamowite, jakby wypełniła mnie jakaś nieopisana, tajemnicza siła, która przez tyle lat się we mnie kumulowała i wreszcie pomogła mi spełnić jedno z moich marzeń… tak w pełni szczęśliwym i spełnionym można poczuć się tylko, gdy realizują się nasze marzenia!
Są także takie chwile jak dziś, gdy przychodzi nam połączyć jedno z drugim… ogromny ból po stracie czegoś o czym marzyliśmy z jednoczesną nieopisaną radością, gdy inne marzenie właśnie się spełniało…
O obejrzeniu „Lord of the dance” marzyłam już od kilku dobrych lat, gdy usłyszałam i zobaczyłam ich po raz pierwszy wiedziałam, że jest to coś, czego zdecydowanie nie powinnam przeoczyć. Jakiś rok temu dodałam nawet informację o tym, jak bardzo chcę ich zobaczyć na swoją ChcęListę ;) Jednak nawet nie przypuszczałam wtedy, że tak szybko uda mi się to marzenie spełnić! Słyszałam o tym, że inne grupy występujące z tańcem irlandzkim odwiedzały już Gdynię, ale to nie było „TO”, nie na tym mi zależało, zatem czekałam i już prawie o tym zapomniałam, gdy nagle, zupełnie przez przypadek, dowiedziałam się, że… 19 marca 2011 roku będą w Gdyni! Zatkało mnie, ale momentalnie poleciałam po bilety i już chyba jakoś od listopada byłam ich szczęśliwą posiadaczką, choć przyznam się wam, że jeszcze do dziś nie wierzyłam do końca, że to naprawdę się dzieje, ale tak…
Byłam na „Lord of the dance”!!! :D

Cały występ siedziałam jak zaczarowana, wbita w fotel i wpatrzona w (jakże nieziemsko przystojnych :P) tancerzy! To co oni wyprawiali na scenie, ilość uderzeń butów na minutę była oszałamiająca, a całość robiła niewiarygodne wrażenie. Staram się to jakoś opisać, ale nadal jestem w szoku po tym czego dziś doświadczyłam i najzwyczajniej w świecie mi, polonistce z wykształceniem, dla której język polski nie powinien być przeszkodą, po prostu brakuje słów… to trzeba zobaczyć… i tyle!

Ekipa tancerzy dała z siebie wszystko, pełen profesjonalizm, także nasze miejsca były świetne, nic nie umknęło dzięki temu moim oczom i mogłam w pełni delektować się przedstawieniem. Siedząc tam, słuchając i oglądając na żywo tak dobrze znane utwory trudno było mi uwierzyć, że to już, że to właśnie teraz się dzieje… mimo oszołomienia i oczarowania byłam zachwycona tym, że spełniło się kolejne moje marzenie! Takie chwile nie zdarzają się często i warto się nimi nacieszyć! ;)

Stepujący czarodzieje!

Kto jeszcze nie widział na żywo „Lord of the dance”, albo ich (o zgrozo!) nie zna, to naprawdę zachęcam do obejrzenia! Choćby na YouTube, choć nie odda to w pełni tego, co przeżywa się siedząc na widowni i będąc częścią tego precedensu! Tę muzykę, ten rytm wybijany przez tylu tancerzy trzeba poczuć (dosłownie!) na własnym ciele!
Zatem owszem, marzenia nie zawsze się spełniają, czasem te porażki są nad wyraz bolesne i trudno się po nich pozbierać, o powrocie do stanu z przed nich nie wspominając, bo to już niestety niewykonalne. Ale nie warto się zrażać, niepowodzenie to kluczowe zjawisko w naszym życiu, ale nie warto go rozpamiętywać, ja wolę myśleć o tym, co dzieje się dziś! Dlatego mimo wszystko nadal twierdzę, że warto marzyć i chyba nigdy nie przestanę tego robić. Za nic nie zamieniłabym tych chwil pełni szczęścia jakie daje nam realizacja marzeń! Od tych najmniejszych do tych największych, każde spełnione marzenie jest warte wielu prób, nawet z ryzykiem porażki. Nazywajcie mnie marzycielką jeśli chcecie, ale ja nie wrócę za szybko na ziemię, dalej będę wierzyć w nieosiągalne i nawet jeśli wszystko pójdzie nie tak, nigdy się nie poddam, bo nasze marzenia to jedyne o co tak naprawdę warto w życiu walczyć!
”Pielęgnuj swoje marzenia. Trzymaj się swoich ideałów. Maszeruj śmiało według muzyki, którą tylko ty słyszysz. Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, a nie oglądania się do tyłu.” Paulo Coelho
Link 17.03.2011 :: 22:44 Komentuj (0)
Układając swój świat na nowo ;)
Wow, już za kilka dni rozpoczyna się kalendarzowa wiosna, a ja jeszcze nie nadrobiłam tutaj zimowych zaległości, wstyd ;) hihi :) Nie wiem jak ja to robię, ale po prostu nie mam kiedy się za to zabrać, nawet jak już myślę o tym, że dziś napiszę notkę, to nagle coś mi wypada i albo gdzieś jadę, albo zostaję gdzieś porwana albo jeszcze inne dziwne rzeczy :P W każdym razie powoli czuję już w kościach wiosnę i z każdym dniem mój humorek staje się lepszy. Przestaje już żyć marzeniami, wróciłam do żywych i realizuję plan inwestowania w siebie :D Nie ukrywam, że słońce za oknem jak najbardziej mnie do tego motywuje! Przeżyłam zimę, nie było łatwo, ale ona już prawie za nami, bywają jeszcze chwile gdy czuję ten straszny ból, którego czuć bym nie chciała, ale na szczęście są one już dużo rzadsze i najczęściej spowodowane dość konkretnymi zdarzeniami, których staram się już unikać ;) W każdym razie myślę pozytywnie i dość trudno zmyć uśmiech z mojej twarzy :D Zresztą zrobiła też pierwszy krok w pewnej sprawie, więc może wreszcie zacznie się coś dziać ;) Udało mi się także spełnić już kilka noworocznych postanowień i jeśli nadal wszystko będzie się tak układać, to nie mogę się doczekać! :D Nie straszne są mi nawet już wszelkie kataklizmy, rebelie i końce świata, co ma być to będzie, ja cieszę się chwilą! :D
W sumie nie byłam pewna od czego zacząć notkę, ale chyba zacznę najzwyczajniej w świecie od początku i ułożę wydarzenia chronologicznie :) Ta metoda ostatecznie zawsze się sprawdza :P
Zatem jeszcze w lutym, gdy zima trzymała dość mocno, udaliśmy się z Dariuszem w pewną słoneczną sobotę do Rewy. Bardzo lubimy to miejsce, gdyż niezależnie od mrozu ma ono swój urok i swoją historię ;)

Wygląda jak niezły lans, a ja tylko straciłam równowagę :P

Lodu nie brakowało, w końcu zamarznięta zatoka to całkiem niezłe lodowisko :)

Tracenie równowagi tego dnia było dość powszechne, jednak jak widać raz nie udało mi się jej złapać ponownie na czas ;)))

To wszystko wina tego wszechobecnego lodu!

Jednak Dariusz też zbliżył się do pozycji horyzontalnej polując na dobre ujęcie…

Nie ma niby nic szczególnego w tym zdjęciu, ale naprawdę mi się podoba ;)

Spotkaliśmy też pewnego kocura, prawda, że kochany?

A jaki pieszczoch! Aż chciało się go zabrać do domu ;)))

Zamarznięta zatoka naprawdę robiła wrażenie, jednak już w marcu trzeba było o niej zapomnieć, gdyż nastała pora odwilży i zbliżającej się wiosny! W takim też klimacie spędziłam dzień kobiet, w sumie prawie przypadkiem spotkałam się tego dnia z Dariuszem i zostałam zaproszona na moją ulubioną Very Cherry z Coffee Heaven oraz dostałam śliczny bukiecik storczyków, którego się zupełnie nie spodziewałam, a który był po prostu prześliczny! Naprawdę miły dzień, choć z rana nic na niego nie wskazywało ;)

Z okazji dnia kobiet dostałam też od kogoś innego śliczny bukiecik tulipanów, który wytrzymał naprawdę długo na moim oknie, więc zakładam, że był ofiarowany naprawdę szczerze, hihi ;) Choć sama się zdziwiłam, że tulipany mogą aż tyle wytrzymać, ale co tu dużo mówić, były śliczne i jakże wiosenne!

Także w marcu wybrałam się choćby do Sopotu na ogrzane pierwszym słońcem molo, by wśród leniwie spacerujących par, także spokojnie pooddychać morską bryzą z bliską osobą u boku. Uwielbiam Sopot właśnie wiosną, gdy nie ma jeszcze tłumu turystów i można w pełni cieszyć się tym uzdrowiskiem ;)

Jednak jeśli chodzi o marzec to największe i najważniejsze wydarzenie tego miesiąca miało miejsce nie kiedy indziej, a 12 marca :P Właśnie wtedy Dariusz kończył magiczną liczbę 30 lat! Kto by pomyślał, że z niego już taki staruszek, hihi ;)

Na szczęście wszyscy zaproszeni goście przybyli, tym razem nikt się nie wykruszył i dzielnie świętowaliśmy okrągłe urodziny jubilata. Nieskromnie powiem, że tort, jeden z prezentów ode mnie, był przepyszny! Ale co się dziwić, skoro uwielbiam to ciasto, to wiedziałam na co postawić :P

Słitaśne foto z gospodarzem wieczoru było niezbędne :D

Kasia obchodziła swoje urodziny dzień wcześniej, więc i jej nie ominęły życzenia z mojej strony ;)

W końcu przyszedł czas także na prezenty! :D Żeby zrobić dla Darka akurat ten, który widnieje poniżej, musiałam zawiązać spisek z jego mamą, by zdobyć zdjęcia małego Dariusza :P Na szczęście się udało a zdjęcie wzbudziło niemałe zainteresowanie ;)

Kolejne prezenty i masa śmiechu, prawda, że twarzowe? :P

Także podczas kilku najbliższych imprez nie trzeba martwić się o dostawę wina ]:->

Ja jednak podczas tego wieczoru odkryłam drinka, którym się oczarowałam. Nic ekstrawaganckiego, bardzo prosty i naprawdę pyszny. Mianowicie zwykła pepsi w połączeniu z Sobieskim karmelowym… rewelacja! ;) Nawet Kacek był nim zachwycony ;P

Postarałam się także o to, by Solenizanta móc już z daleka odróżnić w tłumie ;)

Jak widać nie byłam jedynym fotografem, także Tomek dzielnie dokumentował niektóre sytuacje, choćby mnie usiłującą uchwycić dobre ujęcie Dariusza zdmuchującego świeczki ;)

Kosmetyczne szaleństwa!
Tym razem będą to prawdziwe szaleństwa! :D Inaczej się tego nazwać nie da, bo naprawdę ostatnio zaszalałam decydując się na moje nowe cuda ;) Tym razem będą to rzeczy praktycznie nie osiągalne w Polsce, dostępne jedynie przez Internet, lub przez znajomych mieszkających za granicą ;) Mianowicie mowa o:

To zakupy czysto amerykańskie, które od dawna mi się marzyły i jak tylko uzbierałam odpowiednią kwotę zamówiłam i prosto z USA trafiły w moje rączki ;) Co śmieszniejsze paczka z Kalifornii, z drugiego końca świata, szła do mnie krócej, niż nieraz idzie paczka do mojej babci na drugim krańcu… Polski… śmiechu warte, naprawdę ;) No ale do rzeczy, zamówiłam sobie:
1. NYX 10 Color Eyeshadow Eye Shadow Palette odcień Romance
2. NYX 10 Color Eyeshadow Eye Shadow Palette odcień Champagne & Caviar
3. NYX Powder Blush Blusher odcień Peach
4. NYX Studio Liquid Liner Eye Liner Eyeliner odcień Extreme Pink
5. Queen Helene Mint Julep Masque
6. Queen Helene Facial Scrubs Mint Julep
7. Sleek rozświetlacz do ciała i twarzy odcień Sun
Kolorówka jest wspaniała, zwłaszcza lubię paletkę po prawej stronie zdjęcia (Champagne&Caviar) oraz eyeliner :D I pomyśleć, że to wszystko dzięki Radkowi, który posiadał PayPal i mógł mi to zamówić, jeeej :D Nawet nie wiecie jaka zakręcona chodziłam, gdy tylko to odebrałam, niczym Gwiazdka w lutym, hihi ;) Także miętowa maseczka i peeling wzbudziły mój entuzjazm, gdyż wraz z moją skórą nie mogłyśmy się już jej doczekać :P Pachną świeżo, miętowo i naprawdę widzę ich efekty, zwłaszcza maseczką jestem oszołomiona i najchętniej stosowałabym ją codziennie ;)
Jednak jeszcze większą radochę (o ile to możliwe :P) miałam kilka dni temu, gdy prosto z Zielonej Wyspy przybyły do mnie… moje LUSHowe cuda!! :D :D :D Mam nadzieję, że kiedyś samej uda mi się odwiedzić ich sklep i dorwać co ciekawsze i co lepsze produkty :P Jak na razie udało mi się jednak wykorzystać chociaż irlandzkie znajomości i nabyć takie oto cudeńka:

Aaaa :D Aż mam ochotę krzyczeć! Moje szampony w kostce wreszcie są u mnie! Zamówiłam sobie Godive (ta żółta kostka, to szampon i odżywka w jednym, pachnie cudownie, delikatnie, jaśminowo, coś pięknego!) oraz New Shampoon Solid Bar (czerwona kostka, która śmierdzi jakimiś przyprawami i jakby miętą :P Ale mam nadzieję, że działać będzie jak trzeba :D). Do tego w ramach prezentu dostałam także balsam do ust miód&biała czekolada o nazwie Honey Trap (uroczo, co nie?) oraz próbkę balsamu do ciała Dream Cream. Tyle się nasłuchałam pozytywnych opinii o tej firmie, że po prostu nie mogłam się na coś nie skusić. :P Zresztą choćby dla frajdy jest to fajna rzecz, bo sami przyznajcie, szampon do włosów w kostce nie jest raczej u nas często spotykany :P hihi :)
To tyle z nowości, nabyłam także sporo innych rzeczy, ale nie przesadzajmy ;) Notka miałaby kilometr, a tego nawet najwytrwalsi by nie wytrzymali! Mam nadzieję, że teraz, gdy teoretycznie dysponuję trochę większą ilością wolnego czasu uda mi się nadrobić wszelkie zaległości towarzyskie oraz na bloga zaglądać częściej ;) Na razie musiałam pozałatwiać najpilniejsze sprawy, teraz powinnam zająć się już na dobre pisaniem magisterki, ale myślę, że to już będzie łatwiej pogodzić z innymi zadaniami… no i nie ukrywajmy, mój wrodzony leń nie jest zbyt chętny do grzebania w obozowej przeszłości i zagłębiania się w tematykę Zagłady… sama sobie wybrałam taki temat na mgr, wiem :P Teraz tylko trudno mi się czasem do niej zmotywować, gdyż czytanie o tym do łatwych i przyjemnych nie należy. Mimo to dam radę, jak zawsze, muszę! :P Dla głupich trzech literek przed nazwiskiem się poświęcę, heh ;)
Czeka mnie dość intensywny weekend, jutro już całe zaplanowane, w sobotę wydarzenie, na które bilety kupowałam już w listopadzie (opowiem wam jak było po powrocie :P), w niedzielę kolejna impreza… będzie się działo, oj będzie!! :D
”Żyje się chwilą, a czas jest tylko przezroczystą perłą wypełnioną oddechem.” Halina Poświatowska
Link 20.02.2011 :: 15:29 Komentuj (4)
Nadzieja umiera ostatnia…ale także umiera…
Mam ochotę napisać notkę. To nowość, bo długo tak nie było. Jednak po tylu latach prowadzenia tego bloga zauważyłam pewną tendencję, ochota na notki przychodzi, gdy jest mi smutno i źle. Lubię się tu wyżalić, by już nawet na drugi dzień przeczytać to i śmiać się z takiego, a nie innego podejścia do sprawy. Tym razem będzie trochę inaczej, nie zamierzam rozwodzić się nad tym co zrobiłam źle, co zepsułam, co mogłam zrobić inaczej. Nie wyszło, ot co, nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni. Szkoda tylko, że tak strasznie dużo czasu potrzebowałam by to zrozumieć. I że przyszło to akurat teraz, gdy przez najbliższe kilka miesięcy będę miała sporo wolnego czasu. No ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, to że moje marzenia tak rzadko się spełniają to nie odkrycie, cieszę się, że chociaż przez jakiś czas mogłam żyć tym marzeniem niczym w mydlanej bańce. A to, że w końcu prysła? Normalka, nie można oczekiwać cudów :) Na szczęście mimo to mój grafik jak na razie i tak był mocno napięty, a to zawsze pozwala zapomnieć o problemach, a gdy znajdzie się już czas na ich rozpamiętywanie, są już przedawnione :P Sesja pomaga mi nie myśleć o pewnych sprawach, gdyż egzaminy same się nie zdadzą. Choć mogłyby, bo na piątym roku mogliby nam już odpuścić, a nie że nic, tylko w książkach siedzę, super :]
Jednak znajduję także czas na inne przyjemności! Pojechałam choćby do Malwiny i Mariusza nacieszyć się z nimi ich Skarbem :) hihi :P

Wydaje mi się, że dopiero wczoraj siedziałam z Malwiną na jednym wykładzie, a to już tyyyle czas minęło… coś niesamowitego!

Najlepiej widać to po Darii, ledwo co jechałam ją zobaczyć tuż po narodzinach, a teraz ma już dwa latka i zapał do szkolnej tablicy po Malwinie :P hihi

Mały ping pong, prawdziwy wulkan energii :D

To jest po prostu zdjęcie roku! :D Jak za parę lat Malwina będzie się zastanawiać skąd mała ma takie zapędy do dobrych trunków, to zdjęcie przypomni jej, kto uczył jej córę pewnych trików :P

Cioci Gosi też polejemy :P

A skoro o cioci Gosi już mowa, to niech pamiątkowe zdjęcie też będzie :)

Mała z każdym dniem staje się piękniejsza, za każdym razem gdy ją widzę zachwycam się jej urokiem ;) Ale z takimi rodzicami, to w sumie nie ma się co dziwić :P hihi :)

Zdecydowanie udany, optymistyczny dzień! Chociaż trochę plotek udało mi się odrobić z Malwiną, gdy Daria na chwilę zajmowała się Loco i ja mogłam sobie spokojnie porozmawiać ;) Mam teraz nadzieję, że długo nie będę musiała czekać na rewizytę! ;)
Walentynki. Ten dzień chciałam żeby minął jak najszybciej, bo będąc singlem nic w tym dniu tak naprawdę nie cieszy. Miałam go spędzić daleko stad, pod palmami, w ogromnym upale, w ostatniej chwili plany się jednak pokrzyżowały, wyjazd został przesunięty, a mi przyszło spędzić ten dzień w mroźnej Polsce – rewelacja :] Sam dzień nie nastroił mnie pozytywną energią (choć gdy dostałam od Kogoś śliczne różyczki na chwilę humor mi powrócił), ale nie ma tego złego… ;) Kilka dni wcześniej wybrałyśmy się z dziewczynami same ze sobą świętować ten dzień, a co! Faceci nie są nam wcale do szczęścia aż tak potrzebni, hihi :P
Bollywodzka knajpka i pyyyszne, indyjskie jedzenie to jest TO! ;)

Swoich baterii zatem specjalnie nie miałam kiedy podładować, za to z ich rozładowywaniem nie miałam problemu, hihi ;) Idealny do tego okazał się choćby koncert HAPPYSAD!

Tym razem nie tradycyjnie w gdyńskim Uchu, a w gdańskim Parlamencie Kuba i chłopaki dali czadu! :D

Wielowi jak zwykle się w pewnym momencie nudziło i zaczął wiązać mnie włosami… tia… :P

Ekipa koncertowa, czyli rozszalałe ping pongi :P

Podoba mi się to zdjęcie, wyraża wszystkie emocje tego wieczoru, czyli nieograniczone szczęście, czyż nie? :D

Czas już ładnie wszystkim podziękować i grzecznie się pożegnać ;)

To by było na tyle jeśli chodzi o udokumentowane wojaże. Resztę pozostawię dla siebie, nie wszystko powinno ujrzeć światło dzienne. Zatem może i nie jestem już w siódmym niebie, bo brutalnie zostałam z niego ostatnio wyrzucona, ale prędzej czy później musiało do tego dojść, więc tragedii nie ma. Nie oszukujmy się, spodziewałam się tego ciosu, a jak wiadomo ‘co ma wisieć nie utonie’ czy jakoś tak :P Grunt, że jakoś sobie radzę i staram się myśleć pozytywnie. A jak wszystko się ułoży chociaż w jednej kwestii po mojej myśli, to za dwa tygodnie będę zdecydowanie szczęśliwsza :D I wtedy już trudniej będzie mnie złamać :P
Zakupowy kociołek!
Jednak skoro mój humorek ma wzloty i upadki (i to bolesne), to wiadomo co każdej kobiecie najbardziej poprawia humor ]:-> Dlatego dzisiaj taki mały haul z ostatnio nabytych rzeczy, z których jak na razie jestem strasznie zadowolona! ;)

Olejki z Body Shop – mandarynka & tangelo oraz malina & granat! Długo nosiłam się z zamiarem ich kupna, aż w końcu to zrobiłam i jestem z nich naprawdę zadowolona! Wystarczy zaledwie kilka kropel by człowiek poczuł się jak w raju! Ten zakup z czystym sercem mogę każdemu polecić! :)
Pędzelki z Maestro – nie mogłam doczekać się na te z Hakuro i póki co zamówiłam trzy pędzelki Maestro z włosia naturalnego. Dwa języczkowe, o różnej wielkości i jeden pędzelek kulkę średniej wielkości. Sprawdzają się idealnie, ale czego innego spodziewać się po tak dobrej firmie. Oczywiście jak tylko pędzelki Hakuro znów będą w sprzedaży, to na kilka się skuszę, ale nawet wtedy nie zrezygnuję z używania obecnie nowych nabytków, gdyż za bardzo mi się podobają i za wygodnie się nimi pracuje ;)
Woda toaletowa „Dancing Lady” z Oriflame – zakupiona wyłącznie z winy Kasi, która pokazała mi ten zapach, ale nie ukrywajmy – urzekł mnie on ;)
Lakiery i odżywka/top coat z Golden Rose – byłam w okolicy ich sklepu, to nie mogłam darować sobie wizyty i kupna choćby kilku nowych kolorków. Uwielbiam ich lakiery, mają niesamowite barwy, długo się trzymają i są za naprawdę przystępną cenę, to dlaczego sobie to odpuścić? Mała rzecz, a jak cieszy ;)
Eveline Cosmetics Slim Extreme 3D – najnowszy nabytek, jest to serum intensywnie wyszczuplające i ujędrniające, podobno działa cuda, hihi ;) Jeszcze go nie przetestowałam, więc dużo nie mogę powiedzieć na jego temat, ale jak każda nowa rzecz – nieziemsko cieszy! :D I nie mogę się doczekać aż go wypróbuję! ;)
Torebka z CCC – w sumie kupiłam ją ‘przez przypadek’, zupełnie tego nie planowałam, ot, chodziłam sobie po CCC szukając jakiś wiosennych butów, a to nie buty tylko torebka wpadła mi w oko. Mała, poręczna, w sam raz na wiosenne wojaże ;)
Luca Spaghetti „Masz przyjaciela” – książka napisana przez znajomego Elizabeth Gilbert, autorki „Eat, pray, love”, zdecydowałam się na jej zakup, by nie myśleć o problemach życia codziennego, a przenosząc się do słonecznego Rzymu jest to naprawdę łatwe ;)
Biżuteria z I AM – bransoletka i urocze kolczyki z kluczykami, z obu rzeczy jestem strasznie zadowolona i nie mogę doczekać się wiosny, gdy w słoneczne dni będę mogła paradować w tego typu rzeczach. Obecne długie rękawy i grube swetry niestety trochę to utrudniają, ale wiosna coraz bliżej – dam radę! :D
To na tyle z nowości, dla jednych będzie tego mało, dla innych za dużo. Mnie cieszy każda nowa rzecz, choćby drobiazg – wszystko to poprawia moje samopoczucie ;) A gdy jest opcja poprawy humoru, to kto z niej nie skorzysta, no kto? Bo na pewno nie ja :P hihi :)
”Nawet jeśli nie jest od razu wzajemna, miłość zdoła przetrwać jedynie wtedy, jeśli istnieje iskierka nadziei - bodaj najmniejsza - że zdobędziemy z czasem ukochaną osobę. A reszta jest czystą fantazją.” Paulo Coelho
Link 03.02.2011 :: 02:39 Komentuj (4)
Well…
No cóż, wychodzi jednak na to, że nie wygrzeję się i nie naładuję swoich wewnętrznych baterii tak szybko jak myślałam. Ale czy kogoś to jeszcze w ogóle dziwi, że wszystko idzie nie tak jakbym chciała? No właśnie ;) Grunt, że przynajmniej sesja póki co do przodu przy prawie zerowej nauce… no ale wybaczcie, brak perspektywy słońca jeszcze przez długi, dłuuugi czas nie jest motywująca :] Nigdy nie ukrywałam, że działam na baterie słoneczne i teraz już po prostu ledwo funkcjonuję… f**k :]
Tak czy inaczej czas szybko leci, nim się obejrzałam mamy już luty. Egzaminy za mną, teraz ferie, potem dzień ;W.', który miał być taki fajny, a będzie do niczego i kilka innych rzeczy przede mną. Jednak mimo iż dalej muszę tkwić w tych mrozach staram się nie pogrążać ani psychicznie ani fizycznie i jak najmniej siedzieć w domu! Nie od dziś wiadomo, że ujemne temperatury mi mimo wszystko nie straszne :)
Lodowa góra na skraju lądu – Rewa ;)

Fakt, w tym wypadku ‘trochę’ przegięłam, by w taki mróz iść w cienkiej, krótkiej kiecce i legginsach, ale wyjazd był spontaniczny i po nocy u Dariusza nie zdążyłam wpaść do domu po coś grubszego… no ale zdarza się :P Grunt, że Rewa nadal zachwycała, to miejsce o każdej porze roku coś w sobie ma…

Ruszając w południe od Darka wstąpiliśmy także po jego mamę, by także ona mogła pospacerować nad wodą – jak widać, było wesoło ;)

Nie ukrywam, że tyłek nieźle mi wymarzł, ale taka cena spontanów :P Lubię skrajności, a skoro w tak brutalny sposób odebrano mi ukochane słońce i wysokie temperatury, to musiałam jakoś odreagować :] Teraz łapczywie kradnę tylko dla siebie każdy promień słońca, który przebija się przez chmury, by nie popaść w otępienie… byle do wiosny!
Kosmetyczne szaleństwa!
Znowu się trochę tego nazbierało, nie powiem (Kasia, to wszystko Twoja wina!! :P), ale ja już tak mam, że jak się czymś zainteresuję, to brnę w to ignorując granice rozsądku ;D Na szczęście ostatni porządny zastrzyk gotówki (przyjaciele wiedzą o mojej przygodzie xD) trochę mnie podbudował i dał nadzieję, że jednak w wakacje nie będę ciągle siedzieć w domu, bo jednak zaoszczędzę na jakiś trip. Nie ukrywajmy, bez tego zastrzyku i przy obecnych wydatkach, w życiu bym nic nie odłożyła, hihi ;) Ale jak to mówią, głupi zawsze ma szczęście :D
Przechodząc do rzeczy, ostatnio nabyłam:

Bioderma – płyn micelarny (2 x 250ml) – jeeej, mój pierwszy płyn micelarny z Biodermy :D Choć na razie kupiłam go tylko dlatego, że był w niesamowitej promocji, za te dwie butelki zapłaciłam niecałe 40 zł, gdzie normalnie za taką wielkość wydałabym minimum 60 zł. Póki co mam jeszcze 3/4 butelki płynu micelarnego z La Roche Posay, którym jestem zachwycona, jednak wolałam zabezpieczyć się w posiadanie płynu na resztę roku ;)
La Roche Posay, Effaclar Duo – kolejne cudo upolowane na promocji. Od jakiś dwóch tygodni używam tego kremu, więc pierwsze opakowanie starczy mi jeszcze na jakiś czas, ale to kolejny produkt kupiony z myślą o następnych miesiącach. Jak na razie jestem bardzo zadowolona z jego efektów, a skoro także był w promocji (i to nie małej!) postanowiłam go kupić. Za widoczny na zdjęciu zestaw (Effaclar Duo 40ml + żel do mycia twarzy też z serii Effaclar 200ml) zapłaciłam również niecałe 40 zł, podczas gdy bez zniżki na oba produkty musiałabym wydać minimum 80 zł (50-75 zł za krem, zależnie od apteki, 30-35 zł za żel), zatem swój zakup uważam za naprawdę wyjątkową okazję! Żel fakt faktem jeszcze sobie na użycie poczeka, muszę najpierw zużyć swój żel do mycia twarzy z Vichy Normaderm, chyba, że zacznę używać ich zamiennie ;)
La Roche Posay, Hydraphase Intense Riche – czyli intensywnie nawilżający krem do twarzy. Bez promocji jego cena oscyluje około 70 złotych za 50 ml, dlatego warto zaczekać na jakąś obniżkę. Ja ten krem dostałam w prezencie i powiem Wam, że jest naprawdę genialny! Seria Effaclar strasznie wysusza skórę i takie głębokie nawilżenie zdecydowanie poprawia kondycję skóry! Stosuję go co prawda na zmianę z kremem nawilżającym Vichy Normaderm, ale widzę efekty i jak na razie mogę tylko polecić. Jest lekki, przyjemny w aplikacji, szybko się wchłania i co najważniejsze dogłębnie nawilża skórę, a także bez problemu nadaje się jako baza pod makijaż.
Biovax maseczka do włosów suchych i zniszczonych – tym razem już niby bez promocji, ale odkryłam, że w mojej osiedlowej aptece jej regularna cena to jakieś 16 zł, dużo mniej niż widziałam w innych miejscach, dlatego skusiłam się także na nią. Jestem zauroczona kupioną jakiś czas temu odżywką bez spłukiwania z tej samej serii, a skoro działa takie cuda, po prostu nie mogłam się oprzeć. Jak już wspominałam we wcześniejszej notce, o włosy warto zadbać, gdyż są ozdobą każdej kobiety, a dzięki tej maseczce stają się one jeszcze gładsze, delikatniejsze i co najważniejsze, mocniejsze! :)
Rossmann, Babydream, shampoon - szampon do włosów dla dzieci (250 ml za ok. 3 zł). Jego cena po prostu powala ;P Zdecydowałam się na niego, by mieć czym umyć włosy przed nałożeniem maseczki z Biovaxa. Kto mnie zna, ten wie, że włosy myję zawsze rano, a wtedy nie mam czasu na maseczki. Zatem przygotowując włosy do nałożenia maseczki szkoda jest mi używać mojego codziennego szamponu, skoro za kilka godzin i tak będę myła je jeszcze raz ;) Dlatego postanowiłam poszukać czegoś taniego i dobrego. Wiele osób polecało ten właśnie szampon, to i ja się skusiłam. No i przyda mi się także do czyszczenia pędzli do makijażu, zatem na pewno się nie zmarnuje :P hihi :) (Zapomniałam dodać go do zdjęcia, trudno :P)
Oriflame, Feet Up - Smoothing foot carem – czyli kojący krem do stóp (75 ml za ok. 10 zł). Powiem tak, od kiedy 2 lata temu wyleczyłam swoje stopy nie mam z nimi jakiś specjalnych problemów o ile regularnie się nimi zajmuję. Dlatego na zimę nabyłam właśnie taki kojący krem do stóp, by po całym dniu na nogach, gdzie ciężkie buty i grube skarpety raczej nie służą skórze, sprawić stópkom choć trochę przyjemności. Kremu nie używam tylko po porządnym wymoczeniu stóp i całej ich pielęgnacji, stosuję go po prostu na co dzień, po kąpieli czy prysznicu, na oczyszczone i wysuszone stopy, najczęściej na noc, by skóra mogła się spokojnie zregenerować. Jak za taką cenę jestem zadowolona z efektu, nie jest może on powalający, ale przyjemnie ochładza i odświeża stopy, sprawiając, że są miękkie i delikatne, jak dla mnie był to dobry zakup ;)
Ziaja, Kasztanowy żel do nóg – chłodzący żel idealny na długie wyprawy, głównie w upały, kupiony z myślą o wyjeździe, ale jeśli nie wykorzystam go teraz, to na pewno latem! Zdobywanie górskich szczytów czy całodzienne zwiedzanie z nim w plecaku powinno być jeszcze przyjemniejsze :P hihi ;)
Na dziś to tyle, więcej nowości nie rzuciło mi się w oczy, jeśli jednak o czymś zapomniałam, to wspomnę w kolejnej części ‘Zakupowych szaleństw’ ;) Jak widzicie te ‘szaleństwa’ w nazwie nie były przypadkowe, czasem trudno mi się pohamować, jednak z drugiej strony, jeśli teraz nie będę w siebie inwestować, to kiedy? :P Bycie singlem ma swoje plusy, nikt mi nie marudzi, ile mogę na siebie wydać by czuć się dobrze w swojej skórze ;) hihi :D
”Smutek rozproszy się jak słońce wstanie. On jest jak mgła.” Ernest Hemingway
Link 23.01.2011 :: 16:19 Komentuj (2)
Małe przyjemności ;)
Niedzielne popołudnie a ja siedzę w domu, odzwyczaiłam się już od tego, naprawdę. Zresztą jeszcze jakiś czas temu nawet nie myślałam, że przyjdzie mi do tego wrócić, no ale cóż, różnie w życiu bywa. Jak zwykle złożyło się na to kilka czynników, mogłabym tłumaczyć się sesją, ale dobrze wiemy, że i tak się nie uczę :P więc po co ściemniać ;) Jednak skoro obiecałam sobie, że nie będę już nikogo do niczego zmuszać, to niech tak też będzie, czas wziąć odpowiedzialność za własne słowa ;) Fakt, miałam z tego powodu przez ostatnie dni gorszy humorek, jednak kilka smsów, umówione spotkanie i humorek wrócił do łask. Co więcej zarówno w piątek, jak i w sobotę humor poprawiały mi inne osoby, a to znak, że jednak mam na kogo liczyć w tych kwestiach ;)
W piątek humor poprawiała mi… babcia :P hehe ;) Mieliśmy Dzień Babci, zatem zaprosiłam ją na spacer do miasta oraz obiad i kawę z deserem w jednej z wejherowskich restauracji. Zdziwiłam się, że miasto nadal błyszczy świątecznymi dekoracjami, ale przyznam, że nawet pod koniec stycznia mają one swój urok!

Jak już wspomniałam był także deser! Ja z obiadu zrezygnowałam, choć babcia skusiła się na polecane przeze mnie, bo moje ulubione :P pierogi ze szpinakiem ;) Skusiłam się natomiast na bananowy kopiec kreta – mniam! Kto mnie zna, ten wie, że nie znoszę bananów i już od samego ich zapachu robi mi się niedobrze… Dlatego nie wiem jakim cudem miałam ochotę na ciasto bananowe, ale wiem jedno, było rewelacyjne!! ;)

Później już natomiast rolę ‘pocieszyciela’ przejął ktoś inny, tym razem już nie z rodziny :P I nie powiem, było równie miło ;) Znalazł się ktoś, kto chętnie nadrobił ze mną filmowe zaległości i tym sposobem obejrzałam wreszcie film o twórcy Facebooka – „The Social Network”. Nie powiem, film interesujący o typowym, amerykańskim ‘giku’, który w ramach zemsty na swojej ex wpadł na pomysł FB… Jego zachowanie podczas rozprawy oraz zagubienie w słuchaniu nie tych ludzi co trzeba – naprawdę życiowe i trudne, a skoro i tak jestem już uzależniona od FB, to i o jego twórcach postanowiłam się czegoś dowiedzieć. Film polecam jednak wszystkim, także tym unikającym tego portalu, bo film pokazuje jak trudno w dzisiejszych czasach iść ‘właściwą’ drogą ;) No ale to było już w sobotę, natomiast w piątek udało mi się jeszcze obejrzeć „Czarnego Łabędzia”. Powiem tak, po obejrzeniu tego filmu, nie dziwię się, że Natalie Portman zdobyła za tą rolę Złotego Globa i mam nadzieję, że także Oscar nie ominie jej, ani ogólnie tego filmu! Podczas projekcji siedziałam jak zaczarowana, próbując odgadnąć, co tak naprawdę się dzieje oraz co jest fikcją, a co rzeczywistością – uwielbiam takie balansowanie na granicy tych dwóch światów, stąd też moje zamiłowanie do książek Jonathana Carrolla ;) Jednak w filmie tym spacerowanie po tej cienkiej granicy nie jest przesadzone, jest skonstruowane w ten sposób, że nawet widz przez cały film tak naprawdę nie wie, co tak naprawdę się dzieje, mimo iż pozornie cały czas wszystko ma podane na tacy – dopiero w ostatnich scenach odkrywa jak się nim zabawiono… Ogólnie film świetny, trzymający w napięciu, budzący niepewność i chęć dowiedzenia się więcej, niż jest nam pokazane… jeden z lepszych filmów, jaki ostatnio widziałam! No i ta muzyka… ;)
Jak widzicie zatem mimo gorszych dni, znalazł się ktoś, kto mi je upiększył. Zarówno babci, jak i drugiej osobie bardzo dziękuję, naprawdę tego potrzebowałam. Poczucia bliskości i szczerych uśmiechów! Teraz natomiast czas na… ;)
Zakupowy kociołek!
Buszowałam ostatnio trochę po sklepach i kilku rzeczom po prostu nie mogłam się oprzeć! Nad jedną zastanawiałam się już od grudnia, jednak ostatnio miałam okazję ją nabyć i… no trudno, zrobiłam to :P Ale przejdźmy do konkretów:

Zdjęcie ciemne, wiem, ale miałam wybór, albo zobaczycie moją ukochaną lampkę, albo resztę :P Jako, że najważniejszym i najpiękniejszym przedmiotem jest jednak lampka ze swoim wzorkiem, to ona została zaakcentowana ;) Zatem jak widzicie, wzbogaciłam się o taką właśnie lampkę z Ikei! Będąc w grudniu z chłopakami w tym sklepie już ją wypatrzyłam, ale jak to w czasie świąt, nie było mnie na nią stać. Teraz jednak doszłam do wniosku, że nie ma już co czekać nim mi wszystkie wyprzedadzą, bo to cudo po prostu musi trafić na mój parapet! Na szczęście udało mi się ją wreszcie kupić i już ślicznie oświetla mi wieczorami pokój ;) Kolejne przedmioty to zdobycze z Rossmana. Po lewej świetny koszyk z wyściełanym wnętrzem, całkiem pojemny, zamykany na rzepy. Postanowiłam go sobie kupić na moją kolorówkę, nieźle się ona ostatnio rozrosła, a trzymanie jej w 4 mniejszych kosmetyczkach i przeszukiwaniu ich przy każdym makijażu stało się po prostu irytujące. Dlatego właśnie postanowiłam zakupić tenże koszyk, który oprócz tego, że jest funkcjonalny, to jeszcze najzwyczajniej w świecie strasznie mi się podoba ;) Zauroczyła mnie także swoim wyglądem (widoczna na zdjęciu po prawej) kosmetyczka! Długo koło niej krążyłam, aż wreszcie i ona wylądowała w moim koszyku. Ostatecznie doszłam do wniosku, że muszę się do czegoś na wyjazd spakować, a wszystkie moje kosmetyczki za nic w świecie nie pomieszczą tego co chcę wziąć :P Oczywiście jak wiadomo, każda wymówka jest dobra, by kupić coś, co nam się spodobało, hihi ;) Podobne myślenie zadziałało, gdy wypatrzyłam sobie te cuda:

Momentalnie w mojej głowie pojawiło się milion powodów, dla których muszę je mieć! Nie ważne, że przez najbliższy miesiąc będę głodować, a o kinie i innych wyprawach mogę na długo zapomnieć, moim zdaniem te błyskotki były tego warte! Zresztą zbliżają się Walentynki, a skoro nie mam nikogo, kto chciałby mnie czymś obdarować z powodu święta miłości, to co się będę szczypać, sama o siebie zadbam :D :D :D To najlepsza opcja! I najlepsza wymówka, by kupić sobie to, co tak mi się podoba – wiosenny zestaw dodatków, który ubrany już teraz, wprawia mnie w romantyczno-kwitnący nastrój :P
Ot, to chyba wszystko czym chciałam się z Wami podzielić. Kupiłam ostatnio także kilka produktów kosmetycznych, ale to przy okazji następnej notki o nich wspomnę, nie mogę Was tak tym zanudzać za jednym razem ;) hihi :) Teraz czas wrócić do rzeczywistości…
”A kiedy zaczęła czekać na jego głos w słuchawce, na dotyk jego ręki, zniknął z jej życia. Oni wszyscy tak robią, prawda?” Lisa Unger
Link 17.01.2011 :: 19:37 Komentuj (5)
Very cherry ;)
Jakby nie patrzeć zaniedbałam Was w nowym roku, już połowa pierwszego miesiąca a u mnie cisza… no cóż, czas się poprawić! Zwłaszcza, że jutro kolokwium, a wiadomo, że zrobię wszystko byleby znaleźć wymówkę i się nie uczyć ;) Dopiero koło 3 czy 4 nad ranem zacznę marudzić, że nie zdam i że znów za późno wzięłam się za naukę… cóż, nic nowego :P Teraz wolę napisać coś tutaj niż roztrząsać teksty z wiedzy o gatunkach i stylach. Zresztą jeden tekst dotyczył bloga zatem jakby nie patrzeć, przynajmniej trochę zostaję w temacie ;) Co u mnie? Jak zwykle sporo się dzieje, noworoczne zawirowania już trochę ucichły, co prawda raz na jakiś czas przejdzie jakaś burza, ale głównie świeci słońce i świat rysuje się w pięknych, pastelowych barwach – w każdym razie dla mnie!
No ale do rzeczy, czas przejrzeć zdjęcia i wybrać kilka dla Was, bo jak widzę nie wspomniałam jeszcze nawet o Sylwestrze! Miałam trudny wybór gdzie, jak i z kim spędzić ten dzień, gdyż w tym roku miałam wyjątkowo dużo opcji. Ostatecznie wybrałam jednak kameralny wieczór z dziewczynami i Dariuszem, doszłam do wniosku, że tak naprawdę wolę to niż bal czy imprezę w tłumie ludzi, z których prawie nikogo nie znam. Tym też sposobem Nowy Rok witałam na molo w Brzeźnie! ;)

Oczywiście tam wylądowaliśmy dopiero w okolicach północy, wcześniej i później :P była część domowa, równie przyjemna ;)
Tajemniczy Nowy Rok ;P

Szykowanie pyszności!

A 'trochę' tego było ;)

Lansik z sis :P

Single :)

Rozlewanie...

Truskawkowa ekstaza ]:->

Zdrowie! ;*

Jednak jak już pisałam Nowy Rok witaliśmy nad wodą - coś niesamowitego! :D

Zmarznięte, ale szczęśliwe!

Noworoczna euforia ;)



Z sis!

Oraz z naszą organizatorką, Karolą :P

Po prostu - Szczęścia w 2011 roku dla wszystkich! ;*

Po Nowym Roku udało mi się też wyskoczyć z Kasią do Sopotu! Spacer molo, świeże, morskie powietrze i wychodzące zza chmur słoneczko sprawiło, że nawet pierwszy dzień na UG w tym roku jakoś udało mi się przetrwać bez większego marudzenia ;)
Prawda, że pogoda była pierwsza klasa? Lekki mróz, zero wiatru, słońce… ach…

Cudowny spacer!

Troszkę mimo wszystko zmarzłyśmy, nie myślcie jednak, że to nas zniechęciło – nic z tego! :P Doszłyśmy do wniosku, że najlepszym sposobem na ogrzanie się od wewnątrz będą jakiś słodkości, wygrał oczywiście Cafe Zaścianek (w którym już nie pamiętam kiedy ostatnio byłam!) i dostępne wyłącznie zimą ciepłe ciasto marchewkowe! Najlepsze jakie w życiu jadłam! Mniami! ;)

Jeśli chodzi o moje wyprawy, to ostatnimi czasy udało mi się wyskoczyć także do Pucka i to jeszcze przed roztopami, gdy widok był naprawdę sympatyczny ;)

Także tam by przywrócić organizmowi naturalną ciepłotę należało się posilić ;) Wybraliśmy restaurację znajdującą się właśnie na molo, nigdy wcześniej w niej nie byłam, bo Puck to zazwyczaj tylko przystanek w drodze do innego miejsca. Tym razem jednak było inaczej i dlatego skusiłam się tam na serniczek przyozdobiony piękną syrenka… nie powiem, uśmiałam się ;)

Wnętrze restauracji, zwłaszcza wieczorami, jest naprawdę urokliwe ;)

Wiem, że strasznie skracam owe wyjazdy i nie wdaję się w szczegóły, ale większość tu zaglądających i tak jest ciekawa jedynie nowych zdjęć, więc nie mam się czym martwić, hihi ;) Wracając jednak do moich wojaży, to jak wiadomo, już jakiś czas temu przyjechała do nas moja babcia. Żeby nie było, że ciągle siedzi w domu sis pierwszy raz w tym roku wykopała z zaspy swoje autko i ruszyłyśmy do Gdyni przespacerować się Bulwarem! Nie powiem, ale moja babcia to ma kondycje godną pozazdroszczenia! Jeśli ja w wieku 85 lat będę w stanie przejść cały Bulwar w dwie strony i nawet się nie zająknąć, tylko pytać gdzie dalej, to będę w siódmym niebie! Ja już teraz ze swoim kolanem czasem tego nie potrafię… żałosne! xD hihi :P
Z babcią na Bulwarze ;)

Mewy tego dnia były aż nad wyraz aktywne ;)

Zaloty ;P

Tak, wiem, z każdej wyprawy wrzucam zdjęcia jedzenia… wygląda, jakbym nic tylko się objadała :P hihi ;) Nie do końca tak jest, bo ostatnio nie mam czasu nawet na normalne jedzenie, ale mniejsza z tym. W tym wypadku oczywiście też na koniec wyprawy wybrałyśmy się po coś na ząb, ja wybrałam koktajl truskawkowy – wyglądał pysznie, ale jak dla mnie – zdecydowanie za słodki! Na szczęście dołączył do nas Dariusz i pomógł mi go skończyć :P

Natomiast ostatnią sobotę spędziłam z moim M&Msem podbijając gdańskie galerie. Był to istny maraton, gdyż zaczęłyśmy od Galerii Przymorze, by potem wstąpić do Manhattanu, a wyprawę zakończyć w Galerii Bałtyckiej, gdzie oczywiście i tak kupiłyśmy najwięcej! :P hehe :P Jakbyśmy od razu nie mogły pojechać do niej… no ale co tam, te 6 czy 7h chodzenia od sklepu do sklepu to dla kobiety zawsze sama przyjemność :P W połowie jednak na chwilę troszkę zabrakło nam sił i postanowiłyśmy wzmocnić się dawką kofeiny w Coffee Heaven! Tym razem skusiłam się na nowość – very cherry macchiato! Powiem krótko – to najlepsza kawa jaką kiedykolwiek u nich piłam! Naprawdę czułam się jak w niebie! Z przyjaciółką u boku, kawą w dłoni i widokiem na tysiące sklepów :P hihi :)

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wypady zarejestrowane przez zdjęcia ;) O innych nie wspomnę, gdyż nie wszystkim muszę się z Wami dzielić, niektóre rzeczy niech zostaną tylko dla mnie. W wielkim skrócie przedstawiłam Wam jednak chociaż część z tego co wydarzyło się u mnie w tym nowym roku ;) Nowy Rok to także zmiany, nie ominą one również bloga! Spokojnie, nie będzie to nic spektakularnego ;P Ot, od czasu do czasu pojawiać będą się tematyczne wtręty na koniec notki czy też będą one głównym tematem notki, zależnie od sytuacji. Z góry mówię, iż będą one czysto subiektywne i przedstawiające moje zdanie, czy opinię na dany temat. Jakież wątki to będą? Choćby topiki: „Z pokrętnego życia SKM”, „Zakupowy kociołek” czy „Kosmetyczne szaleństwa” ;) Być może pojawią się także inne, w końcu wiadomo, że kobieta zmienną jest! :) Dziś premiera jednego z nich! Nie bądźcie surowi, ale jeśli macie jakieś odczucia i własne wnioski na temat tego co piszę, to chętnie w komentarzach poznam Wasze zdanie! ;) Z góry ostrzegam, że to wątek tylko dla zainteresowanych, zatem jeśli nie jesteście fanami zabawy kosmetykami, od razu pomińcie ten fragment ;) hihi :P
Kosmetyczne szaleństwa!
W premierowym odcinku zajmę się pielęgnacją włosów. Podczas ostatniej wizyty u mojej ulubionej fryzjerki dowiedziałam się, że mam przesuszone włosy i powinnam coś z nimi zrobić. Szczerze mówiąc nie zdziwiła mnie ta opinia, gdyż codzienne ranne męczenie ich suszarką nigdy nie wróżyło im niczego dobrego ;) Na szczęście dowiedziałam się także, że nie są one jakoś szczególnie zniszczone i jeśli odpowiednio je nawilżę, powinny nabrać dawnego blasku i wyglądać na zdrowsze. Do działania zmotywował mnie fakt, że już niedługo będę je dodatkowo męczyć basenowym chlorem i ostrym słońcem, zatem wybrałam się już jakiś czas temu do sklepu z misją uratowania moich włosów :P Oto na co się zdecydowałam:

Szampon – Dove repair therapy Silk & Sleek (cena ok. 13zł za 350ml)
- Joanna mini Naturia, szampon odświeżający z grejpfrutem (cena ok. 3,5zł za 100ml)
Odżywki: - Biosilk Hydrating Conditioner (cena ok. 17zł za 50ml)
- Biovax dwufazowa odżywka bez spłukiwania do włosów suchych i zniszczonych (cena ok. 20zł za 150ml – ja kupiłam w SuperPharm w promocji za 12,99zł)
Co o nich sądzę? Szamponu Dove używam od dobrych kilku lat i jestem z niego naprawdę zadowolona! Przyjemny zapach, włosy po nim łatwo się rozczesują i rzeczywiście są dużo gładsze, zatem zdecydowanie polecam. Szampon z Joanny kupiłam z myślą o wyjazdach, gdyż jest mały i praktyczny w podróży, a odświeżenie to jest to, czego w takich wypadkach nam potrzeba, dbać o włosy mogę w domu. W każdym razie jak się sprawdził napiszę jak tylko będę mogła w stanie to zweryfikować ;) Jeśli chodzi o odżywki, to obie zdecydowanie polecam! Biosilk jest niestety drogim produktem, ale działa naprawdę cuda! Już po kilku użyciach widzę różnicę – moje włosy są gładsze i jakby pełniejsze. Przyznaję, iż nie kładę go jednak na całe włosy, a jedynie od połowy na końcówki, gdyż to one są najbardziej przesuszone. Natomiast na całe włosy kupiłam sobie właśnie ostatnio Biovax, nie ukrywam, że atrakcyjna promocja skusiła mnie do wypróbowania tego produktu. I jak na razie jestem zadowolona – moja wersja jest z cynamonem, więc bałam się, że moje włosy tylko nim będą pachnieć, na szczęście odżywka ma owocowy i naprawdę przyjemny zapach, a nie ukrywajmy, jeśli chodzi o włosy, to jest to dość istotne. Co do działania, to nie mogę się jeszcze jakoś szczegółowo wypowiedzieć, gdyż użyłam jej na razie tylko dwa razy, ale jak póki co mam wrażenie, że będę zadowolona, iż włosy są po niej dużo miększe i delikatniejsze w dotyku, jednak czy naprawdę je nawilży dowiem się dopiero za jakiś czas. Jeśli chodzi o kosmetyki do włosów, których zaczęłam używać by pomóc ich kondycji to by było na tyle. Gdy skończę Biosilka zastanowię się czy nie skusić się na polecane maski z Biovaxa, gdyż są dużo tańsze, a podobno też działają cuda ;) hihi :) W każdym razie póki co stosuję to co zakupiłam i czekam na efekty! Nie wiem czy nie powinnam kupić jeszcze czegoś chroniącego włosy przed ciepłem suszarki, jednak z drugiej strony nie chcę przedobrzyć i nie katować włosów tym razem za dużą ilością specyfików ;) W każdym razie mam nadzieję, że moje włosy znów będą zdrowe! ;)
Premierowa część „Kosmetycznych szaleństw” za Wami, mam nadzieję, że się nie zanudziliście ;P Tak ja dbam o włosy i liczę, że to im pomoże ;) Jeśli chodzi o notkę, to czas już ją kończyć (zaległości nadrobiłam i to czym chciałam się z Wami podzielić już przedstawiłam) i jednak pouczyć się na jutrzejsze kolokwium, gdyż średnio mam potem czas na poprawki :] Trzymajcie kciuki! :)
”Jeśli kobieta jest szczęśliwa, jest także piękna.” Sophia Loren